Fałszowanie złotych i srebrnych monet polegało przede wszystkim na ukryciu tańszego rdzenia pod warstwą szlachetnego metalu, odlewaniu kopii oraz zmniejszaniu zawartości kruszcu. Trzeba jednak odróżnić prywatne fałszerstwo od państwowego psucia monety, czyli oficjalnego obniżania jej wartości przez emitenta.
Państwowe psucie monety a przestępcze fałszerstwo
W starożytności i średniowieczu moneta była nie tylko znakiem władzy, lecz także kawałkiem metalu o określonej wadze i próbie. Jej wiarygodność zależała od tego, ile rzeczywiście zawierała złota lub srebra. Prawo do emisji należało zwykle do panującego, który mógł zastrzec je dla własnej mennicy albo przekazać wybranym osobom.
Psucie monety było działaniem oficjalnym. Władca lub państwo zmniejszało zawartość kruszcu, zastępując go miedzią, brązem albo innym tańszym metalem. Z tej samej ilości srebra czy złota można było wówczas wybić więcej sztuk. Fałszerz działał natomiast poza prawem, kopiując wygląd legalnej monety i zatrzymując dla siebie różnicę między jej nominalną wartością a kosztem produkcji.
Oba zjawiska mogły wyglądać podobnie dla użytkownika. Moneta miała znajomy wizerunek, napis i nominał, lecz jej rzeczywista wartość była niższa. W Rzeczypospolitej kryzys XVII wieku sprzyjał obu procesom. Władze obniżały wagę i próbę pieniądza, emitowano między innymi miedziane boratynki i srebrne tymfy o niewielkiej zawartości srebra, a prywatne warsztaty zaczęły naśladować te emisje.
Na czym polegała technika fourrée?
Najbardziej charakterystyczną metodą fałszowania monet kruszcowych było wykonanie fourrée. Taka moneta miała rdzeń z miedzi, brązu lub innego metalu nieszlachetnego, a zewnętrzną powierzchnię pokrywano cienką warstwą srebra albo złota. Dzięki temu z daleka i przy pobieżnym oglądzie przypominała oryginał.
Fałszerz oszczędzał większość cennego materiału. Kruszec trafiał tylko na powierzchnię, która miała zmylić osobę przyjmującą monetę. W starożytności znane są suberaty naśladujące między innymi greckie drachmy i rzymskie denary. Wykonywano je z miedzianym lub brązowym wnętrzem, a następnie pokrywano srebrem lub złotem.
Powłoka musiała być na tyle dobrze połączona z rdzeniem, aby moneta wyglądała jak prawdziwa po wybiciu wizerunku i napisu. Oszustwo mogło jednak ujawnić się przy zużyciu. Przetarcia, pęknięcia albo uszkodzenia krawędzi odsłaniały metal znajdujący się pod spodem. Podejrzane bywały też zbyt mała masa, niedokładne litery i mniej staranne przedstawienia.
Fourrée nie była monetą wykonaną z małej ilości złota lub srebra w całym przekroju. Jej istota polegała na tym, że szlachetny metal tworzył tylko zewnętrzną powłokę, a środek stanowił tańszy rdzeń.
Złoto było trudniejsze do podrobienia niż srebro, ponieważ jego wartość była wyższa, a różnica między ciężarem i objętością rdzenia a oryginału mogła szybciej wzbudzić podejrzenia. Nie oznaczało to jednak braku fałszerstw. W przypadku każdej monety decydowały dostęp do metalu, jakość narzędzi, podobieństwo do wzoru oraz możliwość wprowadzenia jej do obiegu.
Jak zmieniały się metody fałszowania?
W antyku wykorzystywano przede wszystkim powłoki z metalu szlachetnego i odlewanie. W średniowieczu oraz w epoce nowożytnej większe znaczenie zyskały stemple, nielegalne warsztaty i całe sieci ludzi dostarczających kruszec, narzędzia oraz odbiorców. Równolegle władcy obniżali próbę legalnych emisji, co zacierało granicę między oficjalną dewaluacją a prywatnym oszustwem.
| Metoda | Mechanizm | Epoka | Trudność wykrycia |
|---|---|---|---|
| Fourrée | Rdzeń z miedzi lub brązu pokryty cienką warstwą srebra albo złota | Antyk, wczesne średniowiecze | Umiarkowana, ponieważ powłoka mogła ukrywać różnicę aż do przetarcia lub nacięcia |
| Odlewanie | Kopiowanie wizerunku monety w formie, często glinianej, i odlewanie tańszego stopu | Antyk i późniejsze okresy | Ograniczona przez ślady formy, pęcherze, gorszy metal i niedokładności |
| Psucie monety | Oficjalne zmniejszenie masy lub zawartości kruszcu przy zachowaniu legalnego stempla | Średniowiecze i epoka nowożytna | Trudna dla zwykłego użytkownika, ponieważ emisja pochodziła z legalnej mennicy |
Odlewanie pozwalało kopiować oba boki monety. Wykonywano odciski oryginału w glinie, układano formy w zestawy i doprowadzano do nich roztopiony metal kanałami. Znaleziska z Lingwell Gate w Anglii wskazują, że w ten sposób naśladowano rzymskie denary. W Dionysias w Egipcie odkryto około piętnastu tysięcy glinianych form z początku IV wieku n.e., co pokazuje, że produkcja mogła osiągać skalę większą niż pojedynczy warsztat.
W średniowiecznej Polsce archeolodzy znajdowali monety o obniżonej próbie srebra oraz egzemplarze z miedzianym rdzeniem i srebrną powłoką. W Kaliszu odkryto między innymi niepełnowartościowe denary, a także miedziany brakteat, czyli cienką, jednostronnie wybijaną monetę. Jeden z egzemplarzy mógł powstać w mennicy kaliskiej za panowania Władysława Hermana, choć jego dokładne pochodzenie pozostaje kwestią interpretacji znaleziska.
Żółkiew w 1700 roku – fałszerstwo jako sieć zależności
Sprawa Żółkwi pokazuje, że fałszowanie monet nie zawsze było zajęciem samotnego oszusta. Jesienią 1700 roku ujęto tam Jana Martynowicza i złotnika Stefana Dworkowskiego. Zeznania Martynowicza zachowały się w protokole przesłuchania przechowywanym w archiwum w Mińsku. Dzięki nim widać, jak łączyły się umiejętności rzemieślnicze, dostęp do srebra, stemple i lokalne kontakty.
Martynowicz, mający około 40 lat, uczył się fachu w różnych warsztatach. W Moszczenicy pracował z Niemcem, jego synem i Żydem o imieniu Icko. Później trafił do środowiska związanego z Ludwikiem Konstantym Pociejem, gdzie stemple wykonywał ślusarz Demian z Maciejowa. Sam Martynowicz nie był więc twórcą całej technologii. Był rzemieślnikiem, który znał sposób przygotowania stempli i bicia talarów.
Przełom nastąpił, gdy jego pracodawca Fedko nie wypłacił mu zaległych 60 złotych. Martynowicz ukradł mu stemple i uciekł do Żółkwi. Tam pokazał je miejscowemu złotnikowi Stefanowi. Złotnik miał chorego syna i znajdował się w trudnej sytuacji finansowej, dlatego zgodził się na wspólną produkcję fałszywych talarów.
Wykorzystywano srebro pochodzące z rozmaitych przedmiotów. W zeznaniach pojawiają się oprawy szabel, paski, kubki i srebro topione. Klienci dostarczali materiał, a rzemieślnicy przerabiali go na monety o wyglądzie talarów. Według zeznań Stefana w pewnym okresie wybito około 70–80 sztuk. Martynowicz wymienił kilka osób, które przynosiły srebro i odbierały gotowe monety.
Najważniejszy nie był sam warsztat, lecz jego otoczenie. Aby proceder działał, potrzebni byli ludzie posiadający kruszec, rzemieślnicy znający obróbkę metalu, wykonawcy stempli oraz osoby gotowe wprowadzać monety do obiegu. W tle pojawiały się lokalne elity i urzędnicy. W materiałach sprawy wspomniano także o narzędziach znajdujących się u osób wpływowych, w tym duchownych.
Władze Żółkwi próbowały ograniczyć rozgłos. Burgrabia lwowski Jan Kazimierz Brodzicki nakazał odesłać oskarżonych i stemple do Lwowa, ale zarazem zalecił prowadzenie sprawy „w cichości”, aby nie zaszkodzić reputacji miasta należącego do Sobieskich. Urzędników, którzy nagłośnili sprawę, zamierzano skarcić. Nie znamy jej pełnego finału, lecz sam sposób postępowania pokazuje, że interes polityczny mógł wpływać na egzekwowanie prawa.
Jak wykrywano fałszywe monety?
Weryfikacja nie wymagała nowoczesnego laboratorium. Handlarze, bankierzy i kontrolerzy korzystali z prostych prób, które ujawniały różnicę między wyglądem a rzeczywistym składem monety. Do najczęstszych należały:
- Nacinanie powierzchni pozwalało sprawdzić, czy pod warstwą srebra lub złota znajduje się miedź, brąz albo ołów.
- Ważenie ujawniało zbyt małą masę, choć sama waga nie zawsze wystarczała do oceny próby kruszcu.
- Oglądanie krawędzi i przetarć pomagało dostrzec pęknięcia powłoki oraz inny metal w rdzeniu.
- Próba dźwięku mogła wskazywać na różnicę między pełnowartościową monetą a egzemplarzem odlanym z gorszego stopu.
W Atenach funkcję urzędowego kontrolera srebrnych monet pełnił dokimastes. Sprawdzał pieniądze na agorze, w pobliżu bankierów i osób zajmujących się wymianą. Podejrzane egzemplarze przecinano i wycofywano z obiegu. Takie działanie miało znaczenie nie tylko techniczne. Pokazywało, że zaufanie do pieniądza wymagało stałej kontroli, a nie samego autorytetu emitenta.
Jak karano fałszerzy?
Fałszowanie monet należało do przestępstw traktowanych jako zamach na władzę i porządek gospodarczy. W późnym średniowieczu oraz epoce nowożytnej przepisy przewidywały bardzo surowe sankcje. W praktyce ich wykonanie zależało od pozycji oskarżonego, miejsca i ochrony zapewnianej przez patronów.
Wśród kar wymienianych w dawnych kodeksach i statutach znajdowały się:
- Kara śmierci, ponieważ fałszowanie monety uznawano za szczególnie ciężkie przestępstwo.
- Spalenie żywcem na stosie, stosowane w niektórych porządkach prawnych wobec fałszerzy.
- Ćwiartowanie lub inne formy publicznej egzekucji mające odstraszać potencjalnych sprawców.
- Konfiskata majątku, stempli, kruszcu i narzędzi używanych w warsztacie.
Źródła opisują także tortury i kary o charakterze pokazowym, między innymi wlewanie do ust roztopionego metalu. Nie należy jednak zakładać, że każda osoba podejrzana o fałszerstwo faktycznie ponosiła taką karę. Przypadek Żółkwi pokazuje, że wpływy lokalnych elit mogły prowadzić do wyciszenia sprawy, ograniczenia śledztwa albo przekazania jej do innego ośrodka.
Od monety kruszcowej do pieniądza opartego na zaufaniu
Historia fałszowania złotych i srebrnych monet pokazuje, że oszustwo rozwijało się tam, gdzie wartość pieniądza zależała od trudnej do sprawdzenia zawartości metalu. Fourrée, odlewy, nielegalne stemple i państwowe obniżanie próby były różnymi odpowiedziami na ten sam problem: jak zachować pozór pełnowartościowego pieniądza przy mniejszym zużyciu kruszcu.
Wraz z upowszechnieniem pieniądza papierowego ciężar kontroli przesunął się z badania metalu na ochronę druku, papieru i znaków emitenta. Nie zniknęło to potrzeby zaufania, lecz zmienił się jego przedmiot. Dawniej sprawdzano, co kryje się pod powłoką monety. Później coraz częściej oceniano, czy dokument rzeczywiście pochodzi od instytucji uprawnionej do emisji.